szukając żelaznego jana
Oct. 2nd, 2007
10:12 pm - zbieg okoliczności
- w związku z rozsupływaniem wewnętrznych problemów przypominam sobie starych znajomych
- zupełnym przypadkiem jestem na skrzyżowaniu, na którym bywam raz na pół roku
- w tramwaju spotykam tą znajomą
:-)
Sep. 21st, 2007
02:14 pm
paranoja. dzwoni babcia, mówiąc że przepaliła się żarówka w lampce nad akwarium. mówię, że będę u niej w niedzielę to wymienię lub kupię nową lampkę jeśli nie da się wymienić. pytam czy wszystko poza tym w porządku. zawiesza głos, mówi że "w sumie tak". więc pytam co jest nie tak a ona: "porozmawiamy jak przyjedziesz". zmroziło mnie.
dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, dlaczego. mój ojciec używa tego sformułowania jak chce mi zrobić "wykład" albo mnie po prostu ochrzanić i nie chce robić tego przez telefon tylko "na żywo", dla lepszego efektu. odruchowo zareagowałem tak, jakbym usłyszał to od niego, zareagowałem na sam zwrot, nie patrząc na to kto go użył i w jakiej sytuacji.
z dalszej rozmowy z babcią jasno wynikło, że czuje się po prostu samotna, bo ciotka nie przyjeżdża do niej za często - nie może ze względu na pracę lub zajmowanie się swoimi wnukami ("Haneczki znów dzisiaj nie ma..."). z drugiej strony - babcia to też niezła manipulatorka poczuciem winy, zachowuje się często jak mała, rozkapryszona dziewczynka. wiedząc to, łatwiej mi jest oprzeć się takim manipulacjom i zrozumieć "prawdziwy" przekaz i powody tego, co i jak mówi. póki co, niestety, z moim ojcem nie potrafię tego samego w trakcie rozmowy - dopiero post factum, gdy emocje opadną, mogę zrozumieć jakie mechanizmy zadziałały, dlaczego obaj zachowaliśmy się tak a nie inaczej, co on tak naprawdę chciał osiągnąć robiąc to, co zrobił.
cieszę się tylko, że w ogóle jestem już w stanie to zauważyć i nie zachowuję się jak królik zagubiony na autostradzie.
Sep. 20th, 2007
02:39 pm - :-)
za wikipedią (podkreślenie moje):
Ok. 300 roku n.e. pojawiła się przypisywana Laozi księga Huahujing (wymowa: Huahu-dźin, czyli [Klasyczna] Księga o nawróceniu barbarzyńców). Opisuje ona działalność misjonarską mistrza Lao w Indiach, a zwłaszcza nauki przekazywane przez mistrza Buddzie. Była popularna w kręgach taoistycznych, a zwłaszcza wykorzystywana by dowieść wyższości nad buddyzmem i tego, że jest on jedynie hinduską odmianą taoizmu. W odpowiedzi na te ataki buddyści uznali ją za oszczerstwo, a także przesunęli datę urodzenia Buddy na XI wiek p.n.e., by wykluczyć jego powiązania z Laozi. Pozycja jest dziś praktycznie niedostępna. Wraz z inwazją buddyzmu w Chinach, obie doktryny uległy zespoleniu, co zaowocowało powstaniem buddyzmu chán (z którego wywodzi się zen). W rzeczywistości taoizm religijny przejął wiele doktryn buddyjskich jak reinkarnacja, obraz nieba i piekła, odpłacanie za nasze uczynki na ziemi. Przejęto także wiele pomniejszych bóstw buddyjskich. Te dwie religie różnią się jednak jeśli chodzi o istotę życia. Dla buddyzmu życie to cierpienie (dukkha), co kłóci się z pragnieniem nieśmiertelności i zadowolenia z życia taoistów.
09:44 am - za(mało)zen
OK, nie orientuję się w różnicach pomiędzy odmianami buddyzmu, jego różnymi szkołami. nie wiem, czy różnice są czysto formalne czy też doktrynalne, tak jak pomiędzy różnymi odłamami chrześcijaństwa. w mojej głowie funkcjonuje np. pojęcie buddyzmu zen - czy jest jakiś inny buddyzm? czym się różni - czy chodzi tylko o to, że buddyzm zen używa narzędzia zwanego zazen do osiągnięcia oświecenia, podczas gdy inne odłamy buddyzmu stosują inne techniki zamiast tej? do zbadania.
przyznaję, fascynuje mnie sama technika zazen jako zupełnie "neutralna", nie związana bezpośrednio z żadną religią. doświadczenia mistyczne, opisywane przez mistyków chrześcijańskich (Mistrz Eckhart, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Aguili) są całkowicie zbieżne z tekstami mistyków z kręgu zen, dziś też - np. Willigis Jager OSB, benedyktyn i zarazem mistrz zen; nawet nie jest łysy. inna jest tylko interpretacja tych doświadczeń wyniesionych z medytacji - o ile mistycy wschodni doświadczają bezosobowego Absolutu, o tyle chrześcijanie mają poczucie kontaktu z Bogiem, "rozpuszczenia się w Bogu" - było nie było wciąż osobowym i chrześcijańskim. czyżby koniec końców ego i kultura, w którym to ego wyrosło, miały wpływ na postrzeganie satori, które jest przecież wyzbyciem się ego? być może jest tak dlatego, że interpretacje przychodzą już po wyjściu z satori, czyli już wtedy, gdy ego znów działa.
no właśnie, zazen jako technika medytacji, nie związana z religią. choć słyszałem opinię, że odmawianie różańca jest szczególnym przypadkiem medytacji mantrami, to jakoś nie spotkałem się z opisem przypadku osiągnięcia Oświecenia czy też jakiegokolwiek wglądu za pomocą tej właśnie techniki. może za mało szukałem - z drugiej strony, kto wie jakimi metodami do przeżyć mistycznych dochodzili Eckhart i inni mistycy chrześcijańscy :-) jak dłużej nad tym pomyśleć, to chyba jednak łatwiej uniknąć rozproszenia myśli przy bud-dho lub om niż na Zdrowaś Mario, łaskiś pełna...
jeszcze jedna myśl: gdy szukałem sanghi w Warszawie wpadł mi w przeglądarkę taki tekst. w pierwszym odruchu aż mnie odrzuciło.
- wynika z tego, że aby naprawdę praktykować buddyzm, trzeba się temu całkowicie poświęcić (z drugiej strony, która religia tego nie wymaga? chyba tylko tao, gdzie twoja droga ma być twoją drogą - z wszystkimi tego konsekwencjami, pracą, rodziną itp - a nie drogą jakieś instytucji, choćby świętej)
- wynika z tego, że istnieje instytucjonalne, doktrynalne "opakowanie" na nauki Buddy - z całą hierarchią nieomylnych (dosłownie!) kapłanów. coś mi to przypomina. innymi słowy: ucieczka przed zinstytucjonalizowanym katolicyzmem w buddyzm (przynajmniej taki) nie ma sensu, jeśli przyczyną tej ucieczki jest tylko chęć odrzucenia skostniałej instytucji, która "wie najlepiej"
zdaję sobie sprawę, że moja reakcja może wynikać z mojego ego, tzn. z tego, że z gruntu przyjmuję założenia sprzeczne z tym, do czego oni dążą. inaczej: jeśli założyłbym, że ta mistrzyni jest oświecona, że jej słowa są faktycznie słowami Amidy, świętymi naukami, to automatycznie zgadzałbym się z tym, że jest nieomylna - de facto wierzyłbym w to. jeśli nie wierzę, to poddaję to rozumowej analizie. to prowadzi mnie do przypuszczeń, że taka sytuacja, gdy czyjeś słowa są niepodważalne, musi być dla tego kogoś bardzo wygodna i może być źródłem różnego rodzaju nadużyć i wykorzystywania takiego atutu dla własnej korzyści - zwłaszcza w zinstytucjonalizowanej organizacji. no a z drugiej strony - przecież oświecenie to doświadczenie Absolutu, w tym również jedności z wszystkimi istotami i współczucia dla nich, prowadzące do pragnienia służby Życiu. czyli jeśli mistrzyni ma takie doświadczenia, to teoretycznie nie mogłaby wykorzystać swojej pozycji, bo byłoby to całkowicie sprzeczne z tym, dzięki czemu się na niej znalazła. wracamy do zaufania i wiary - trzeba wierzyć, że satori jest osiągalne, że ma takie właśnie a nie inne skutki i zaufać mistrzyni (a także tym, którzy ją namaścili na mistrzynię), że to, do czego doszła dzięki oświeceniu, to jaką drogą teraz idzie, dominuje nad zwykłą ludzką naturą i ego. czyli dochodzimy do dokładnie tych samych założeń, które powinny funkcjonować przy spowiedzi w kościele katolickim. w efekcie bardzo łatwo przełożyć negatywne doświadczenia związane ze spowiedzią na sytuację wymagającą analogicznych założeń w buddyzmie czy gdziekolwiek indziej - skoro przy spowiedzi te założenia nie skutkują, wiara jest słaba a zaufanie łamane, to dlaczego gdzie indziej miałoby być inaczej?
przy okazji w odniesieniu do punktu 2: Samuel pisał o wychowaniu dziecka w katolandzie. eksperyment myślowy: jak wyglądałoby to w przypadku państwa wyznaniowego rządzonego przez buddystów kierujących się założeniami z wskazanego wcześniej dokumentu? i jak wyglądałoby życie nie-buddysty w takim kraju? mogłaby z tego wyjść ciekawa (anty?)utopia :-)
Sep. 11th, 2007
12:18 pm - ilekroć
...zastanawiam się nad powrotem na terapię, przychodzi mi do głowy, że czas, abym zrobił coś sam, że odpowiedź i rozwiązanie leżą tylko we mnie, że wystarczy szukania na zewnątrz i zwalania na kogoś innego odpowiedzialności za moje problemy.
w efekcie stoję w miejscu z magisterką a z pozostałymi problemami posuwam się do przodu (właściwiej byłoby: "w jakimś kierunku") dosyć powoli, "w swoim tempie" powiedziałby optymista.
ktoś inny powiedziałby, że skoro w ogóle się zastanawiam, to znaczy, że mam coś niedokończone, że tak naprawdę nie rozwiązałem problemu. jakbym o tym nie wiedział. udało mi się rozwiązać jego część - unormować swoje stosunki z ojcem i mój stosunek do niego, zrozumieć pewne mechanizmy, które powstały w naszej relacji i to, jak one wpływają na mnie (i na nas obu) dzisiaj. i to jest super.
gorzej, że sam doraźny (wydawałoby się) problem pracy magisterskiej, z którym przyszedłem do terapeuty, pozostał w dokładnie tym samym miejscu, co rok temu. mimo że świadomie rozumiem pewne mechanizmy, które mogły doprowadzić do tego, że ciągle nie potrafię się wziąć i jej napisać, to zrozumienie nie przekłada się to na żadne działanie, na akceptację siebie, faktów i pojęcia jakichś kroków (lub akceptacji faktu nie podjęcia ich w ogóle).
rany, nawet już nie wiem, czy podanie o przedłużenie terminu złożenia pracy z września na grudzień składałem rok czy dwa lata temu... :-(
Sep. 10th, 2007
01:01 pm - zasadniczy
...problem - dla kogo piszę te słowa? jeśli dla siebie, to po co w ogóle umieszczać to na sieci? jeśli już (wydumany argument "bo mogę zrobić wpis będąc gdziekolwiek"), to dlaczego upubliczniać wpisy, dlaczego nie powinny być wszystkie prywatne? dlaczego zaglądam co chwilę na blog na onecie i sprawdzam ile osób go odwiedziło i czy ktoś nie zostawił komentarza?
ech, próżność. ta ciągła potrzeba samopotwierdzenia, słyszenia i czytania jaki to jestem wspaniały, jakie moje problemy są rzeczywiste a lęki prawdziwe.
od kiedy to się zaczęło? przecież rodzice nie szczędzili mi pochwał. może właśnie mnie od nich uzależnili?
09:46 am - znów
...to obezwładniające uczucie po przyjściu do pracy. półtorej godziny dreptania w miejscu. czuję się nieco nie fair - "znów świruję", jak powiedziałaby P.
dodatkowo spojrzenie na blog założony równo 11 miesięcy temu - blog, który miał mi pomóc w dokończeniu pracy magisterskiej. dwa wpisy, jeden "o czym będzie blog" i drugi z minikonspektem samej pracy - i nic, zostawione tak jak sama praca. to już rok.
dlaczego? wciąż nie rozumiem - dlaczego nie mogę zebrać się, by skończyć to, co zacząłem, to, co rozumowo pojmuję, że jest (będzie) mi potrzebne? jak rozwiązać ten problem nie popadając w kolejną neurozę i kaskady wstydu, zażenowania i autopogardy?
znów potrzebuję ojca, właściwie Ojca, tego archetypowego, tego dającego wsparcie, mądrość, stymulującego, popychającego w odpowiednim kierunku. wbrew temu wszystkiemu co wiem z mądrych książek, wciąż szukam go na zewnątrz, mimo że już dawno podejrzewam, że "Tam" go nie znajdę, co najwyżej "Tu", w sobie.
tymczasem rodzice jadą jutro wieczorem do Egiptu i Jerozolimy. też sobie świetną datę wybrali na wylot, 11.IX. jadę do nich dziś wieczorem, "uściskać się przed wyjazdem". po drodze znów "Żelazny Jan", o ironio.
całkiem przyzwoity ten nowy Sweet Noise.
Sep. 9th, 2007
10:40 pm - potrzeba
... uporządkowania myśli. wiedzy ze wszystkich tych mądrych książek, z których każda trochę mnie opisuje i każda trochę się myli.
"Żelazny Jan" Roberta Bly'a- dużo odkryć, dużo mądrości, gdzieś pod koniec wrażenie zagubienia i tego, że autor bardzo chciał już dociągnąć książkę do końca, trochę nawet na siłę. pod koniec coraz więcej ogólników, coraz płyciej, coraz mniej przekonania - właśnie tam, gdzie tego najbardziej potrzebowałem.
"Zdradzony przez ojca" Eichelbergera, właśnie połknięte 80 stron. każdy z opisywanych przypadków bardzo rozmija się z moim a jednak w każdym odnajduję część siebie. i najbardziej poruszający rozdział - ostatni, ten o tym jak pomóc własnemu synowi, na przybycie którego już pracuję i zaczynam się przygotowywać. właśnie tam łzy, bo tam, gdzie tak jasno napisane na co uważać, co trzeba robić, właśnie tam znajduję wreszcie wszystkie błędy popełnione przez mojego ojca. i niespodziewana ostatnia strona z czysto zenicznym przekazem, o umieraniu za życia i zdawaniu sobie sprawy z jedności z całym światem. widać w każdym czasem odzywa się misjonarz.
skoro już zen i medytacja, to Osho - ale tu wieczny uśmiech i brak kontaktu. chyba jeszcze nie pora.
jak intelekt, to Wilber - tonięcie w terminologii, potrzebie usystematyzowania wszystkiego, w końcu gonienie w piętkę z zadyszką od prób zapamiętania co to jest mem żółty a co zielony. jasne, Wilber to"integralność", a więc i zazen, fale alfa, doświadczenie Świadka, satori w przerwie na lunch. tyle że Wilber medytuje od dwudziestu pięciu lat i ciężko mi po kilku niepowodzeniach wciąż powtarzać sobie, że "ja też tak mogę".
wracając do Eichelbergera, do tego dlaczego w ogóle po niego sięgnąłem; tak często brakuje mi ojca, mimo że jest, nie dalej niż dwadzieścia kilometrów stąd. brakuje mi ojca, z którym nie bałbym się rozmawiać, myśl o spotkaniu z którym nie odrzucałaby mnie czy nie znięchęcała przy samym pojawieniu się w mojej głowie. chciałbym czuć do niego coś więcej niż litość, żal i współczucie, chciałbym potrafić choćby zezłościć się na niego - ale za bardzo się boję. mimo że nie może już nic mi zrobić. paranoja, ale dla mnie jak najbardziej realna, właśnie tak działam, tak funkcjonuję. i właśnie po to piszę te słowa - by móc przeczytać je za chwilę, jutro, za tydzień jak słowa kogoś obcego, i powiedzieć sobie "przecież to paranoja". a potem przypomnieć sobie, że to moje własne słowa i zrozumieć to, że tak właśnie jest - obiektywnie ocenić swoją sytuację, bez tego narosłego przez lata zawikłania emocjonalnego.
w związku z tym (i poniekąd wracając do Osho i do tych wszystkich książek): wciąż szukam swojego sposobu na zgłębianie siebie. próbuję różnych sposobów medytacji po jednym razie i zniechęcam się. wszystkie książki opisują ten początkowy etap w jednym rozdziale, rozpisując się o tym, jakie to cudowne doświadczenia są potem. w końcu przestaję próbować, bo czytając opis kolejnych ćwiczeń nie wierzę już, że kiedykolwiek przejdę przez ten pierwszy etap. koniec końców tylko myślę o tym, jak to fajnie byłoby medytować, mam już nawet całkiem niezłe wyobrażenie tego jak satori może być odczuwalne... tyle że to tylko intelekt, puste ego, które w ten sposób coraz bardziej się rozbudowuje. czyli robię coś dokładnie odwrotnego niż medytacja - okopuję się razem ze swoim ego w wielkim forcie, służąc mu za łopatę.
